wtorek, 22 grudnia 2009

Zbigniew Uniłowski: Wspólny pokój – streszczenie utworu cz.2 (rozdziały 7-12)


Ciąg dalszy streszczenia.

Przejdź do omówienia problematyki utworu
Przejdź do rozdziałów 1-6

Rozdział 7. Jest październik. Do domu wraca Zygmunt, który stracił pracę, kiedy odwołano wojewodę za poglądy socjalistyczne. Zygmunt ma pieniądze, dostał trzymiesięczną odprawę. Pieniądze dostaje też Dziadzia jako zaliczkę na poczet nowej książki. Następują dni pijaństwa i włóczenia się po knajpach. Podczas jednej z niezliczonych imprez rozmowa toczy się wokół grupy Skamander. Bove i Zygmunt twierdzą, że skamandryci tylko wzorowali się na zagranicznych pisarzach, Lucjan broni ich, twierdząc, że owszem, wzorowali się, ale z klasą i wnieśli wiele świeżości do polskiej literatury. Libacja rozkręca się w mieszkaniu małżeństwa Bove. Po kolejnej zmianie lokalu Lucjan ma pierwszy od przybycia do Warszawy krwotok płucny. Chłopak zdaje sobie sprawę, jak bardzo szkodzi mu alkohol. Po dłuższej rozmowie Dziadzia postanawia zerwać z piciem. Lucjan w łóżku wspomina swoje życie: pracę ponad siły w warsztacie ślusarskim, w warsztacie szewskim, w sklepie, fabryce guzików, wreszcie w biurze, gdzie po kryjomu pisał swoje pierwsze utwory. Pozyskał nawet mecenasa, dzięki któremu miał regularnie wypłacaną pensję.

Nazajutrz wezwano doktora. Lucjan opowiada historię swojej choroby. Zachorował trzy lata temu, w Zakopanem był cztery razy. Lekarz mówi, że jest z nim źle. Nakazuje leżeć w łóżku. Po wyjściu wszystkich do Lucjana przychodzi Teodozja, która wyznaje, że poddała się zabiegowi aborcji - po ich pierwszym stosunku zaszła w ciążę.

Rozdział 8. Lucjana budzi rozmowa Miećka z różowym blondynem w kożuszku. Młodzieńcy rozmawiają o cenzurze, która ponoć w Krakowie jest łagodniejsza. Mieciek każe koledze schować „bibułę” do skrytki za portretem Piłsudkiego. Ten już ma to zrobić, gdy jego uwagę odwraca rudy kotek. Słychać pukanie. Mieciek myśli, że to literaci wracają z nocnego picia i posyła blondynka do drzwi. Lucjan zorientował się, że jego przyjaciele śpią w swoich łóżkach, ale było już za późno na ostrzeżenie. Do mieszkania wchodzą policjanci w cywilu. Natychmiast znajdują kompromitujące chłopaków papiery. Policjanci zabierają na komisariat wszystkich obecnych w mieszkaniu mężczyzn. Zostają tylko Stukonisowa i Teodozja oraz Lucjan, który wymawia się chorobą. Lucjan wyobraża sobie upokorzenia, jakie by go spotkały na komisariacie. Pojawia się Teodozja, kochają się. Lucjan jest po tym bardzo osłabiony, bliski omdlenia. „Ach, widać istotnie jest źle ze mną”. Teodozja tymczasem wraca z łazienki i chwali się, że nie muszą się już obawiać niechcianej ciąży, bo znajoma nauczyła ją, jak jej zapobiegać. Lucjan bawi się ze zdradzieckim kotem, potem zaczyna fantazjować, wyobraża sobie, że jest znanym pisarzem, który nie może się opędzić od reporterów. W głowie przeprowadza sam ze sobą wywiad.

W odwiedziny przychodzi Wermel. Niby po to, by dowiedzieć się o stan zdrowia kolegi, ale tak naprawdę chce pożyczyć czyste ubranie, gdyż wybiera się do pewnej redakcji po honorarium za przetłumaczenie angielskiej noweli. Lucjan pożycza mu skarpety, kalesony i kołnierzyk. Wermel opowiada, że nowelę tłumaczył na ławce w parku. Mimo gnębiącej go biedy, jest optymistą. Pociesza Lucjana, zapewnia, że jeszcze będą dostawali wysokie honoraria, ucztowali na bankietach.

Po jego wyjściu Lucjan znów pogrąża się w marzeniach. Wracają współlokatorzy. Okazuje się, że Miećka zatrzymano za współudział w zamachu bombowym. Rozmowa schodzi na stan zdrowia Lucjana. Zygmunt obiecuje, że nie musi się kłopotać o czynsz i utrzymanie – policzą się po jego powrocie do zdrowia. Tymczasem Dziadzia jest pesymistą: „Ty umrzesz, ja się powieszę, Zygmunt zostanie ministrem, i dalej pójdzie wszystko swoim trybem”.

W pokoju życie toczy się swoim rytmem. Edward robi kolejną awanturę, studenci smażą na spółkę jajecznicę. Wieczorem wszyscy grają w karty. Edward mdleje po zepsutym zagraniu, co wzbudza lawinę śmiechu. Do domu wracają Teodozja i Felicja, które były w kinie. Tytułu nie mogą sobie przypomnieć.

Rozdział 9. Rozdział zaczyna się od znamiennego zdania: „Istotnie, coraz podlej działo się mieszkańcom wspólnego pokoju”. Lokatorzy pogrążają się w marazmie i kłótniach. Wszyscy są coraz bardziej drażliwi, z byle powodu wybuchają sprzeczki. Dziadzię odwiedza dziewczyna, której kiedyś zrobił dziecko. Domaga się pieniędzy, które obiecał na nie łożyć. Krabczyński składa jej obietnicę, że będzie wysyłał pieniądze, kiedy dziewczyna grozi, że popełni samobójstwo. Oczywiście nie ma zamiaru nic płacić, zależy mu tylko na tym, żeby sobie poszła. Ledwo uporał się z dziewczyną, pojawia się wesoły staruszek, który okazuje się być komornikiem. Żąda od Dziadzi zapłacenia zaległego rachunku z restauracji – 16,40 zł wraz z odsetkami. Dziadzia stwierdza, że nie ma zamiaru płacić. Staruszek chce węc zająć jakiś majątek Krabczyńskiego, ale okazuje się, że ten nie dysponuje żadnym majątkiem. Staruszek nie podchodzi zbyt obowiązkowo do swojego zadania. Imponuje mu, że poznał osobiście prawdziwego intelektualistę. Postanawia zapłacić za Krabczyńskiego zaległą kwotę i wysyła Teodozję po wódkę. Gdy podpici Zygmunt i Dziadzia wychodzą wraz ze staruszkiem na miasto, Lucjan zrozpaczony ogląda swoje wycieńczone chorobą ciało. Wspomina jak stracił dziewictwo z córką rejenta Zosią, na polu.

Pojawia się nowa osoba. Jest to matka Bednarczyka, dziwaczna, odziana w wiele warstw ubrań w stylu łowickim chłopka. Lucjana przeraża jej pomarszczona twarz i chytre oczka. Okazuje się, że chłopka będzie z nimi mieszkać, wybiera się na operację w związku z jakąś kobiecą chorobą. Do Lucjana przysiada się Edward. Ssie małą rankę w palcu. Opowiada Lucjanowi, że podczas sekcji zwłok młodej i pięknej samobójczyni, odbył z nią stosunek nekrofilski. Lucjan jest wzburzony, ale całkowicie bezsilny. Nie jest w stanie zareagować tak jak kiedyś by to zrobił. Edward oznajmia, że był to okrutny żart. „Chciałem się dowiedzieć, jak pan na to zareaguje. Po prostu maleńki eksperymencik”.

O trzeciej wraca Bednarczyk, jest pijany. Oblał egzamin. Edward naśmiewa się z niego. Bednarczyk bez słowa uderza go pięścią w twarz. Lucjana odwiedza Turkowski, rozmawiają o literaturze, znienawidzonym Kadenie, ale i o skamandrytach, których obaj darzą uznaniem.

Wieczorem Stukonisowa pyta Dziadzię o zaległy czynsz. Ten tak odwraca kota ogonem, że zamiast zapłacić, jeszcze pożycza od niej 5 zł.

Rozdział 10. „Edward umarł!” Powodem śmierci była mała ranka, do której dostał się jad trupi ze zwłok krojonej przez niego dziewczyny. Nawet siostra go nie żałuje.

Lucjan ma poważny krwotok, po którym czuje się nieco lepiej. Wygląda przez okno, widzi pogrzeb. Zastanawia się, jak straszne musi być obudzenie się w zamkniętej trumnie, zasypanej ziemią. Pojawia się panna Leopard. „Pewnie Lusiowi smutno jest tutaj samemu?” Robi mu dobrze ręką. „Maleńki, przyjemnie było?” Lucjan jest skrajnie wyczerpany i upokorzony. Żąda, by natychmiast wyszła. Pojawia się Teodozja. Zwierza mu się ze swojego życia. Martwi się, że Lucjan, pierwszy chłopak, którego pokochała, umrze i zostawi ją samą.

Józef przekonuje się, że chłopka to zło wcielone. Dowiaduje się, że wsypała mu trucizny do jajecznicy, bo „zepsuł” jej syna, nauczył go onanizmu i przez to chłopak nie zdał egzaminu. Przerażony student biegnie na pogotowie na płukanie żołądka. Wraca wyczerpany – okazało się, że żadnej trucizny w żołądku nie miał.

Dziadzia obwieszcza Lucjanowi, że żeni się z panną Leopard. Lucjan zastanawia się, czy powiedzieć mu o jej wizycie, ale w końcu nie robi tego. W odwiedziny przychodzi Bove, który informuje, że rozstał się ze swoją żoną, po skandalu, jaki wywołała na raucie w ambasadzie rosyjskiej.

Józef awanturuje się z Bednarczykiem o aferę z fałszywą trucizną. Bednarczyk ma go w nosie. Józef zwraca uwagę, że marnie wygląda. „I wiesz pan, że ja długo nie pociągnę?”, mówi Bednarczyk.

Rozdział 11. Niedziela. Dwaj studenci oglądają się w lustrze. Józef przekonuje Bednarczyka, że ten ma krzywy nos. Radzi mu, by wziął się za jakieś rzemiosło, bo dalsza nauka nie ma sensu. Lucjan obserwuje życie w pokoju. Z obrzydzeniem patrzy na chłopkę, „byłby chętnie zatłukł ją jakimś drągiem, niby niepotrzebną i szkodliwą, parszywą kotkę”. Felicja z rozmawia z Bednarczykiem na temat higieny osobistej. „Szanująca się kobieta raz na tydzień umywa się wszędzie. – Tydzień wystarczy – w sam raz”. Część z domowników wychodzi do kościoła, Stukonisowa idzie do więzienia odwiedzić młodszego syna. Lucjan trwa w męce gorączki. Bednarczyk wyciska wągry przed lustrem. „Ciekaw jestem, czy takie wągry to coś żywego, czy nie?”

Stukonisowa opowiada o swojej wizycie w więzieniu. Mówi, że Mieciek schudł i spokorniał. Obiecał, że jak go wypuszczą, weźmie się do nauki i rzuci precz zabawę w komunizm. Zygmunt unosi się gniewem, mówi, że brat jest kanalia, bo kilka dni w więzieniu sprawiło, że porzucił ukochaną ideologię. Matka wyzywa go od nierobów i pomyleńców. Lucjan pociesza ją, że Mieciek na pewno się zmieni. Trwa leniwe popołudnie. Lucjan wsłuchuje się w odgłosy z ulicy. Nagle słyszy przytłumione dźwięki z pokoju, w którym zniknął Bednarczyk z Felicją. „Parzą się! Ci przynajmniej mają zajęcie” – myśli beznamiętnie. Lucjan ogląda swoje wychudzone ciało. Wygląda jak szkielet. Zapada w sen. Z drzemki wyrywa go rzężenie i głuchy łomot. Z trudem wygrzebuje się z łóżka i wlecze do ustępu, skąd dobiegają odgłosy. Nie jest w stanie sam otworzyć drzwi. Krzyczy na chłopkę, by wezwała stróżki. Jedna z sióstr siekierą rozbija zasuwkę. W środku na pasku wisi Bednarczyk. Żyje jeszcze, ale widać, że ratunek przyszedł za późno. Wezwany lekarz tylko potwierdza zgon.

Lucjan ma wrażenie, że to wszystko było przedstawieniem teatralnym: „był Bednarczyk i nie ma Bednarczyka!” Wraca Stukonisowa. Najpierw nie dowierza, co się stało w jej domu, potem godzi się z faktem z rezygnacją. Matka Bednarczyka złorzeczy: „ziemniaki się bez omasty zarło, byle go w nauce wspomagać, a tu się obwiesił, diable nasienie”. Wracają pozostali lokatorzy. Najgłośniej lamentuje Felicja, Józef jest przerażony, obwinia się: „Powiedziałem mu rano, że ma krzywy nos. Może to go przejęło?”

Rozdział 12. Rano wyjeżdżają Józef i chłopka. O Bednarczyku szybko zapomniano. Jest słoneczny listopadowy dzień. Lucjan, choć skrajnie osłabiony, czuje się dobrze, ma niezwykłą jasność myśli. Przychodzi lekarz. Stwierdza krótko: „Za kilka godzin umrze”. Lucjan przygotowuje się na śmierć. Nie wierzy w Boga, odchodzi więc w nicość: „wracał tam, skąd dwadzieścia dwa lata temu przyszedł, odchodził w ‘nieznane i niewiadome’”. Jest szczęśliwy, że nie umiera w bólu i cierpieniu, śmierć wydaje mu się teraz wybawieniem.

Teodozja wraca ze sklepu z żywą kurą. Lucjan obserwuje jak zabija ją jednym ruchem podcinając gardło i wykrwawia, a potem wyrywa pierze i kroi na kawałki, które wkłada do garnka na rosół. W międzyczasie listonosz przynosi pocztówkę od znajomego Lucjana z Zakopanego. Antek obiecuje, że jak wróci do Warszawy, to razem pójdą na wódkę.

Teodozja ma jeszcze nadzieję, że Lucjan wyzdrowieje. Znane są przecież przypadki takich ozdrowień – następuje przesilenie i po kilku dniach chory o własnych siłach wychodzi ze szpitala. Lucjan wspomina jak w dzieciństwie koledzy zamknęli go w kredensie. Spędził w nim kilka godzin w całkowitej ciemności czując się jak żywcem pogrzebany. Teodozja przynosi rosół, ale Lucjan nie chce jeść. Podchodzi Zygmunt, żegna się z nim. „Przechodzisz do innego świata, nie wiem, czy ci zazdrościć, czy współczuć”. Lucjan powoli zaczyna konać, słysząc jednocześnie odgłosy spożywania przez domowników obiadu. Nagle chwyta go przeraźliwy strach przed śmiercią. Chce żyć, w głowie przewalają się tysiące myśli i obrazów. Rozpoczyna się agonia.

Wieczorem wraca Dziadzia. Podchodzi do łóżka Lucjana, szarpie go za rękę, pyta, dlaczego nie powiedział mu o wizycie panny Leopard. „Powiedziała mi wszystko... wykpiła mnie jak i ciebie wykpiła... bodajeś skonał... bodajeś tej nocy nie przeżył!” Nie zdaje sobie sprawy, że Lucjan właśnie umarł, szarpie już tylko martwe ciało. Zbiegają się domownicy. Dziadzia jest przerażony, Zygmunt spokojny. Przy łóżku klęczy Teodozja. Wpada stróżka, która przyszła po klucze od strychu. „Ujrzawszy zwłoki Lucjana, założyła gwałtownie ręce na piersiach, ale zaraz powiedziała prawie wesoło: - Ale tu się u was źle dzieje... Najświętsza Panienko Częstochowska!”

Koniec

-------------

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Najpopularniejsze wpisy (ostatnie 30 dni)